edytowane: 17 maja 2012, 22.56
Ania poszła do sklepu. Zapach śmierci unosił się wokół. Cóż, nic dziwnego, w końcu ostatnio umarły tutaj trzy ekspedientki i zostały pochowane między półkami. Pogrzeby są drogie, więc wrzucono je do koszy pośrodku hali i przykryto arbuzami.
No bo wiecie, praca w markecie to nie przelewki. Czasem trzeba było pracować po 24 godziny na dobę. Nie wytrzymywały kobiety. Normalna sprawa.
Jedną z ekspedientek właściciel marketu sam zabił, bo kradła mu płatki owsiane z półek. Wziął nóż i zaczął rżnąć nim kobietę, rozrywając jej bluzkę i stanik. Pobawił się trochę piersiami, a potem zanurzył w nie nóż, i kobieta umarła. Zawinął jej ciało w torbę i wyrzucił do śmietnika na tyłach marketu. Niektóre kobiety traktował jednak bardziej łagodnie, bo tylko gwałcił.
Ale i tak mimo wszystko wieść o niecodziennych praktykach rozeszła się dość szybko i pewnym ludziom nie spodobał się sposób w jaki traktowano pracowników w tym sklepie. Były to związki zawodowe. "Morderca!", "Gwałciciel" - krzyczano na placu niosąc czerwony transparent. W ruch poszły petardy. Ania też tam była i rzuciła nawet jedną petardę w okno, tak symbolicznie. Nie chciała być gwałconą. A nie wiadomo co ją czeka po studiach.
Generalnie jednak protestujący przed sklepem to był element lewacki. Dużo było feministek, ponieważ zabici w markecie ludzie były to głównie kobiety. Próbowano zrobić z tego walkę o równouprawnienie. "Koniec z gwałtami", takie wysuwano żądania. Lokalna telewizja nakręciła nawet o tym reportaż.
Gwałty i morderstwa dziewczyn pracujących, nie były jedynymi zbrodniami których dopuszczał się pan Adam, właściciel marketu.
Jeszcze normalne było trucie toksycznymi gazami. Zaczęło się to od tego, że pan Adam dostał w spadku stary traktor. Nie miał co z nim zrobić. Więc wpadł na pomysł i wziął z magazynu jakiś stary baniak z odpadami, podłączył węża ogrodowego i zaczął jeździć po miasteczku, rozpylając trujące gazy po okolicy. Robił to w masce, więc sam nic nie czuł.
Jednakże takie działanie wbrew pozorom było bardzo mądre. Ludzie bowiem, czując smród w mieście, szli schronić się do supermarketu, ponieważ była w nim zainstalowana klimatyzacja i nie czuć było niemiłych zapachów. Będąc już w markecie szli oczywiście na zakupy. Tak się nakręcała sprzedaż. Za pomocą jeżdżenia traktorem i rozpylania z niego trujących gazów.
A taka dygresja - to przecież tak się robi dezodoranty. Znana firma reklamująca się w telewizji bierze po prostu jakieś gazy odpadkowe z fabryk i wrzuca je do puszek pod ciśnieniem. A potem ludzie się tym psikają, bo w reklamie pokazali, że wystarczy się popsikać i pojechać windą, a wtedy kobieta sama zacznie się rozbierać w tej windzie, pod wpływem zapachu. A to tylko odpady z fabryk. Najdziwniejsze, że ludzie tego nie wiedzieli i dalej to kupowali, mając wielką nadzieję na seks.
Dobra, koniec dygresji. Pogadajmy teraz o karmie dla psów, którą pan Adam dodawał do hamburgerów.
To znaczy podgrzewał jakieś stare bułki w mikrofali, dokładał do nich karmy i sprzedawał to jako hamburgery. Aha. Jeszcze jakieś warzywa brał ze śmietnika na rogu. Spryskiwał to jakimś curry czy tabasco żeby nie było czuć posmaku śmieci. Całkiem smacznie mu to wychodziło, bo sam próbowałem.
A byłem w tym miasteczku zeszłego lata. Mała mieścina, jedna stacja kolejowa i dworzec autobusowy, a takie rzeczy się dzieją, smutna sprawa. Dlatego o tym piszę. Są miasta w Polsce, gdzie ludzie jedzą ludzkie mięso. Zostańcie z nami.