Sunday, May 13, 2012

Supermarket w małym miasteczku

edytowane: 17 maja 2012, 22.56

Ania poszła do sklepu. Zapach śmierci unosił się wokół. Cóż, nic dziwnego, w końcu ostatnio umarły tutaj trzy ekspedientki i zostały pochowane między półkami. Pogrzeby są drogie, więc wrzucono je do koszy pośrodku hali i przykryto arbuzami.

No bo wiecie, praca w markecie to nie przelewki. Czasem trzeba było pracować po 24 godziny na dobę. Nie wytrzymywały kobiety. Normalna sprawa.

Jedną z ekspedientek właściciel marketu sam zabił, bo kradła mu płatki owsiane z półek. Wziął nóż i zaczął rżnąć nim kobietę, rozrywając jej bluzkę i stanik. Pobawił się trochę piersiami, a potem zanurzył w nie nóż, i kobieta umarła. Zawinął jej ciało w torbę i wyrzucił do śmietnika na tyłach marketu. Niektóre kobiety traktował jednak bardziej łagodnie, bo tylko gwałcił.

Ale i tak mimo wszystko wieść o niecodziennych praktykach rozeszła się dość szybko i pewnym ludziom nie spodobał się sposób w jaki traktowano pracowników w tym sklepie. Były to związki zawodowe. "Morderca!", "Gwałciciel" - krzyczano na placu niosąc czerwony transparent. W ruch poszły petardy. Ania też tam była i rzuciła nawet jedną petardę w okno, tak symbolicznie. Nie chciała być gwałconą. A nie wiadomo co ją czeka po studiach.

Generalnie jednak protestujący przed sklepem to był element lewacki. Dużo było feministek, ponieważ zabici w markecie ludzie były to głównie kobiety. Próbowano zrobić z tego walkę o równouprawnienie. "Koniec z gwałtami", takie wysuwano żądania. Lokalna telewizja nakręciła nawet o tym reportaż.

Gwałty i morderstwa dziewczyn pracujących, nie były jedynymi zbrodniami których dopuszczał się pan Adam, właściciel marketu.

Jeszcze normalne było trucie toksycznymi gazami. Zaczęło się to od tego, że pan Adam dostał w spadku stary traktor. Nie miał co z nim zrobić. Więc wpadł na pomysł i wziął z magazynu jakiś stary baniak z odpadami, podłączył węża ogrodowego i zaczął jeździć po miasteczku, rozpylając trujące gazy po okolicy. Robił to w masce, więc sam nic nie czuł.

Jednakże takie działanie wbrew pozorom było bardzo mądre. Ludzie bowiem, czując smród w mieście, szli schronić się do supermarketu, ponieważ była w nim zainstalowana klimatyzacja i nie czuć było niemiłych zapachów. Będąc już w markecie szli oczywiście na zakupy. Tak się nakręcała sprzedaż. Za pomocą jeżdżenia traktorem i rozpylania z niego trujących gazów.

A taka dygresja - to przecież tak się robi dezodoranty. Znana firma reklamująca się w telewizji bierze po prostu jakieś gazy odpadkowe z fabryk i wrzuca je do puszek pod ciśnieniem. A potem ludzie się tym psikają, bo w reklamie pokazali, że wystarczy się popsikać i pojechać windą, a wtedy kobieta sama zacznie się rozbierać w tej windzie, pod wpływem zapachu. A to tylko odpady z fabryk. Najdziwniejsze, że ludzie tego nie wiedzieli i dalej to kupowali, mając wielką nadzieję na seks.

Dobra, koniec dygresji. Pogadajmy teraz o karmie dla psów, którą pan Adam dodawał do hamburgerów.

To znaczy podgrzewał jakieś stare bułki w mikrofali, dokładał do nich karmy i sprzedawał to jako hamburgery. Aha. Jeszcze jakieś warzywa brał ze śmietnika na rogu. Spryskiwał to jakimś curry czy tabasco żeby nie było czuć posmaku śmieci. Całkiem smacznie mu to wychodziło, bo sam próbowałem.

A byłem w tym miasteczku zeszłego lata. Mała mieścina, jedna stacja kolejowa i dworzec autobusowy, a takie rzeczy się dzieją, smutna sprawa. Dlatego o tym piszę. Są miasta w Polsce, gdzie ludzie jedzą ludzkie mięso. Zostańcie z nami.

Wednesday, March 14, 2012

Serwisant


Drzwi szkoły otworzyły się i wyszedł z nich Tomek. Szedł i niósł w rękach komputer, gdyż był szkolnym serwisantem komputerów. Wynosił właśnie sprzęt w celach kradzieży. A nikt się nie dowie, że to on, bo wszyscy mu ufają a dyrektorka go bardzo lubi, więc nie będzie go podejrzewać.

Otworzył bagażnik, wrzucił komputer, zamknął klapę, wlazł do kabiny kierowcy i zaczął jeździć. Po chodniku. Po osiedlu. Niech zobaczą, że on tu z kradzionym komputerem se jeździ i jest mocny.

Przejechał trzy kółka dookoła bloków, po czym ruszył do pasera, sprzedać ukradziony sprzęt.

Miał dostać za niego całą stówkę. 12,5 piwa.

***

Dyrektor szkoły, pani Natalia, z zadziwieniem patrzyła na znikające z pracowni komputery - nie wiadomo kto i dlaczego je kradł, ale cieszyła się, że tak się działo - zawsze była to jakaś rozrywka, a ostatnio uczniowie narzekali, że im nudno jest. A ona była dobrą panią dyrektor, chciała, żeby młodzież miała wesoło. Więc się cieszyła, bo od kiedy sprzęt zaczął znikać, uczniowie w szkole tylko o tym gadają a całe wydanie szkolnej gazetki rozeszło się w dwie godziny od wydania. A ona osobiście zarabiała na sprzedaży gazetki i kupowała za to drobną biżuterię.

***

Tymczasem Tomek dojechał już do pasera. Niewielki warsztat na tyłach magazynu. Wszedł w niego i ujrzał pana z siwym wąsem. Ten do niego, że czego tu szuka. I wtedy Tomek powiedział, że ma komputer. I wyjął z bagażnika, postawił przed właścicielem warsztatu. Tamten uniósł brwi, obejrzał i zaczął odkręcać śrubki.

Kiedy klient przyjeżdża z komputerem, pierwsze co robię, to odkręcam śrubki - Albert, 58 l., właściciel warsztatu paserskiego

Albert wyjmował już procesor. Kostki z pamięcią miał już odłożone na stole.

Później nastąpił czas wypłaty. Pan Albert wziął się za wydruk faktury. Działał przecież legalnie jako Skup Części Komputerowych. Przecież nie interesowało go za bardzo skąd są te części, prawda?

Tomek wziął z biurka przeznaczony dla niego banknocik i powrócił w trasę. Teraz dla odmiany na uczelnię, gdyż oprócz bycia serwisantem w liceum, studiował również informatykę w szkole wyższej. Uczyli go jak wkładać cd-romy do stacji i jak się zabezpieczać przy tym wkładaniu. Poza tym matematyka. Dużo matematyki. Koleżanka go uczyła całkować, bo nie umiał. Potem nawet na walentynki kupił jej kartkę z narysowaną całką. Uraczyła go buziakiem, gdyż była to dziewczyna-nerdówa, która siedziała cały czas w kompach i lubiła matematykę.

On rozumiał to, że jestem nerdówą i o mnie dbał. Jestem mu wdzięczna za to! Ania 22 l.

Uczniowie liceum tymczasem zostawali pozbywani coraz większej liczby komputerów. W końcu postanowili zaprotestować przeciwko temu i wyszli na ulicę. Naszykowali transparenty z napisem "Precz z kradzieżą" czy "Gdzie nasze komputery?". Nie mogli się bowiem zalogować na facebooka.

Pani Natalii zrzedła mina. Nie wiedziała co robić, więc wystosowała prośbę o dotację. Wkrótce z zagranicy przyjechała ciężarówka z tuzinem komputerów w środku. Rozpakowali je i znowu można było grać w farmy, rzucać ptakami oraz pisać blogi. Tomek zaś napisał licencjata i zaczął wymiatać w programowaniu. Już nie musiał być serwisantem, mógł znaleźć sobie lepszą pracę.

Saturday, August 20, 2011

Olej Szkołę (3)

Poprzednie części:
Część pierwsza
Część druga

Potem pojechały z Jeremim do klubu pewnego, korzystając z tego, że ich podwoził w swoim vanie. Same by nie umiały już kierować, bo były już solidnie narąbane. Kiedy tylko samochód się zatrzymał, powiedziały Jeremiemu "cześć", trzasnęły drzwiami i przelazły przez masę błotną aż do wejścia. Przeszły korytarz zostawiając dzikie ślady. Barman spojrzał na nich również dziko, chociaż przymilnie, gdyż kojarzył je z poprzednich wizyt. Wiedział już, że są fajne.

Nie miały jednak pieniędzy, minęły więc barmanladę i udały się piętro niżej, gdzie właśnie trwał jakiś występ. Zespół sobie grał a ludzie tańczyli pogo. Było to taakie punkowe. Przyłączyły się zatem, rzucając uprzednio swe plecaki pod ścianę.

A wokalista śpiewał a-aaa.. systemu powiedz pas.. a-aaa... póki słyszysz bas... a-aaa... nie będzie żadnej z nim dyskusji, dopóki słyszysz dźwięk perkusji... a-aaa... hej stary... (co?)... olej system, dopóki grają gitary!!

Był to znany punkowy szlagier podziemnej grupy Kinematikos Anarkios. Grupa ta grała już w pięćdziesięciu miastach na całym świecie i dalej była podziemna. Miała mnóstwo fanów, ale dalej była niszowa. A więc słuchanie jej było cool.

To nie wszystko. Lider tej kapeli, polak grecko-afrykańskiego pochodzenia Sokrates Kiambauomba, wystąpił ostatnio w reklamie McDonalda. To też było fajne, gdyż przełamywał stereotypy na temat punków. Od kiedy to robił, coraz więcej punków chodziło do McDonalda. Było to zaiste pozytywne - dzięki temu ruch punk stawał się coraz bardziej normalny i akceptujący współczesny świat.

Sokrates Kiambauomba miał też w zwyczaju robić zdjęcia i filmy komórką a potem wysyłać je na youtube, tumblra i na facebooka. Miało to korzenie ideologiczne. Otóż uważał on, że jest to artyzm nowego typu. Artyzm zaangażowany w anarchistyczną krytykę systemu. Robiąc filmy i zdjęcia drzewom, ludziom na ulicy, czy drzwiom od autobusu przełamujesz tak naprawdę rutynę codziennego życia. Stajesz się prawdziwym buntownikiem, gdyż nikt wcześniej nie wpadł na to, że można dokumentować prawdziwe życie zwykłych ludzi i przedmioty codziennego użytku.

A więc punki zaczęli robić zdjęcia i wierzyć, że dzięki temu zniszczą alienację, jakim jest poddawany współczesny człowiek. Zbierali komentarze i lajki na facebooku i dzięki temu walczyli z kapitalizmem.

Ruda mocno walczyła. Była antykapitalistką numer jeden. Jednak nie podzielała poglądów Kiambauomby. Uważała, że pieprzył on głupoty. McDonald był przecież zły, bo serwował mięso i gnębił pracowników. A ona była wegeterianką i uważała, że gdyby ludzie nie jedli mięsa, to by nikt nikogo nie gnębił i spokój by zapanował na świecie, bo ludzie, jedząc warzywa, przestaliby być tak agresywni dla siebie nawzajem.

Ruda miała jeszcze więcej różnych poglądów i pomysłów na świat, toteż Firletka, Diabolka i Ania więc często przychodziły do niej konsultować się co ona myśli o czymś, czy może ma swój pogląd na tę sprawę, albo pomysł jak coś rozwiązać.

Ostatnio zwierzyły się jej z tego, że chłopcy śmierdzą w czasie pogo. Ruda więc poradziła rozdać im dezodoranty i niech się pryskają co każde piętnaście minut tańczenia. Poskutkowało.

A na koncercie Kinematikos Anarkios było pogo niesamowite. Ludzie obracali się we wszystkie strony i ruszali bioderkami. I wpadali na siebie radośnie.

Jedną kobietę musieli nawet wynosić, bo pogo przyśpieszyło ciążę i zaczęła rodzić. Bo czas jej się przyśpieszył od pogowania, chociaż przeczyło to prawom f izyki (w sensie, że im szybciej się ruszasz tym czas powinien bardziej zwolnić, ale cóż, widocznie prawa fizyki nie dotyczyły punków)

Po dwóch godzinach zespół zaczął już grać pierwsze bisy. Postanowiły się więc zerwać, bo już to słuchały przecież. Wyszły na dwór i zadzwoniły po Jeremiego. Powiedział, że już poszedł spać, to przekupiły go, że dostanie ciastka, bo pewien kumpel z klubu sprowadził jakieś z zagranicy i rozdał im dwie paczki. Jedną z nich otworzyły, druga z nich czekała na Jeremiego jeśli tylko zgodzi się je podwieść o tak późnej godzinie. A ciastka były naprawdę dobre. Próbowały ich i zawierały ciekawe elementy smakowe. Nie produkują takich w Polsce.

Wednesday, June 29, 2011

Olej szkołę (2)

A poprzedni odcinek jest tu ;)

Nasza bohaterka Ania olała zatem szkołę, wzięła plecak i poszła na miasto zbierać na wino. Wzięła też Firletkę i Diabolkę; grały na bębnach pośrodku miasta prosząc ludzi o pieniądze. Potem poszły do sklepu i zakupiły wspomniany napój. Smakował on wybornie. Znaczy się jak alpaga, ale dało się pić. Jej tata zaś siedział nieopodal na motorze i udawał, że nim jeździ po chodniku. A tak naprawdę to nie jeździł, tylko stał w miejscu. Ale najarany był tak, że różne akcje i reakcje w głowie jego zachodziły, więc może wizualizował sobie ruszający mu się pod kołami chodnik, nie wiadomo.
- Nosz kurde, skończyły się fajki - skonstatowała Firletka. Poproś swego tatę, może on będzie miał.
- Nie, lepiej nie brać od niego, on ma tylko jointy. - rzekła Ania.
- No to co my zrobimy?
- Wiem, poprosimy pana policjanta. Może on nam da papierosy! - Diabolce się zaświeciły oczy i poszła do chodzącego po okolicy pana strażnika miejskiego, którego znały od dziecka. Poczęstował więc ich papieroskiem.
Diabolka podpaliła go zapalniczką i przyłożyła do ust. Zaczeła palić. Końcówka szluga rozrzażyła się mocną czerwienią.
Firletka w tym czasie obserwowała niebo. Wydawało się jej, że zaraz spadnie deszcz i wszystko zaleje.
Ania siedziała z bębenkiem wczuwała się w trans wybijanego przez siebie rytmu.

Po chwili usłyszały grzmot. Burza się zbliżała. Należało się pakować. Zebrały więc manatki i zaczęły się transferować do innej dzielnicy swojego miasta za pomocą tramwaju.

Gdy dojechały, lało już mocno. Więc wybiły się z tramwaju i ruszyły z glana przed siebie, umykając kroplom. Ich celem był stojący gdzieś tam daleko na bocznej ulicy stary van. Należał on do Jeremiego, hackera par excellence, gościa, który znał się na technologii, i z tego żył. Studiował on nawet kiedyś na politechnice, ale rzucił naukę, buntując się przeciwko systemowi. Bo tutaj wszyscy walczyli z systemem. Tu było jedno wielkie walczenie.

Jeremi już na nie czekał, póki co bujał głową do piosenki "Iron Man" Sabbathów, która właśnie leciała w radiu. Podobał mu się ten riff, był on zacny.

Wbiły się do furgonetki rozsuwając tylne drzwi.
- Niezły pierdolnik na dworze, co? - próbował zagaić do nich haker.
- Jacierpisty - stwierdziła Firletka, na poczekaniu wymyślając nowe słowo, zamiennik wulgaryzmu "zajebisty".

Potem gadali jeszcze przez chwilę, rozkoszując się muzyką puszczaną w rockowej stacji radiowej (którą Jeremi miał zwyczaj włączać), a potem dziewczyny wyciągnęły chipsy, chrupki i inną strawę. Chipsy zawierały konserwanty i komponenty typu E-numerek, więc nie było to zbyt ekologiczne ani zdrowe. Ale było za to szybkie. Na tym polega ideologia fast-food. Coś za coś. Chrupki były bardziej mniej-składnikowe, więc teoretycznie zdrowsze. Ale też tylko teoretycznie, gdyż nikt nie znał ich rzeczywistego procesu produkcji.

Sunday, June 19, 2011

Konfrontacje PL (2)

Kliknij, żeby przeczytać poprzedni odcinek

Lena pomyślała, że może coś z nią jest do cholery nie tak, skoro nie umie
być tak alternatywna jak Magda, która nawet kurtkę miała w pierdolone wampiry. Bo to teraz było modne. Nie umiała tak, no. Było to przeciwko jej zasadom. Kapitalizm. Konsumpcja. Człowiek jako towar. Była strasznie krytycznie nastawiona przeciwko tym zjawiskom i dlatego wszelki lans jej się kojarzył niekorzystnie.

Magda z drugiej strony odwrotnie - bardzo lubiła się lansować. Uważała to za coś fajnego i kolorowego. Codziennie chodziła do sklepów po nowe ciuchy. Niektóre z tych sklepów były lumpeksami, ale dalej była radość.

Nie mógł tego zdzierżyć Wojtek, chłopak Magdy, który ją rzucił po tym, jak trzeci raz z rzędu przyszła ona do niego w lumpeksowych ciuchach. Bo on nie będzie spotykał z taką dziewczyną, która należy do niższych klas społecznych i chodzi w ciuchach, które są już używane. Tak jej powiedział na pożegnanie. Magda więc obraziła się na niego, jednak za późno, gdyż ten zdążył ją już rzucić.

Magda zaczęła więc topić smutki w sklepie muzycznym i każdego dnia po szkole tam zaglądała i pakowała sobie do koszyka sporą ilość hiper alternatywnych albumów dźwiękowych. Muzyka nowoczesna, muzyka elektroniczna, muzyka postfolkowa, i muzyka, która brzmiała, tak jak brzmiałoby prehistoryczne techno, gdyby jaskiniowcy mieli dostęp do syntezatorów. Taką nutę lubiła i taką miała sposobność słuchać. I to było jej panaceum na problemy z chłopakiem, który przedwcześnie stał się jej eksem.

Zaczepiła Lenę widząc, że ta biedna istotka nie może się zdecydować, którą płytę kupić.
- Olej albumy. Kupuj single. One są tańsze i więcej można kupić naraz. A i tak wszystkiego naraz nie przesłuchasz.

Lena miała gdzieś taką radę i odwróciła się bez słowa i sobie poszła. Umiała to robić. Magda nie. Ona by nie mogła tak po prostu zignorować człowieka i odwrócić się. Bo ktoś mógłby bóg wie co sobie pomyśleć, albo potem rozsiać jakieś plotki, że ona jest chora psychiczna albo co. Poza tym fajniej jest kogoś pojechać, a nie tylko olać.

Magda więc ruszyła do kasy i zaczęła patrzeć, aż młoda kasjerka poprzelatuje skanerem wszystkie płytki wywołując na ekran cenę, którą należało uiścić. Wyjęła więc portfel i zaczęła wyjmować z niego odpowiednie banknoty i dopełniając bilonem w ten sposób, ażeby pokryć sumę widniejącą na ekranie. Nazywało się to płaceniem, choć nie miało to najmniejszego sensu, bo płyty powinny być za darmo. Tak uważała.

Lena natomiast wzięła jedynie płytkę z narysowanymi wampirami i dlatego nie martwiła się swoją sumą. W ogóle się nie martwiła, bo znała jednego ze sprzedawców. Machnęła więc mu tylko przed nosem płytką i powiedziała, że pożycza i że jutro odda. Zgodził się kiwając głową, po czym udał się na zaplecze wyłączyć bramki. Żeby nic nie zapiszczało, jak Lena będzie przechodziła.

Gdyby Magda wiedziała, że bramki są wyłączone, może też by nie płaciła, tylko wzięłaby i nakradła parę płytek. Ale nie wiedziała.
- Nie mogę uiścić tej ceny, brakuje mi złotówki. - rzekła zdziwiona Magda, widząc, że posiadane przez nią fundusze nie pokrywają w pełni sumy brutto wyświetlonej na niewielkim wyświetlaczu.
- Dobrze, to nie płać tej złotówki, policzę ci taniej. - odpowiedziała kasjerka. Była osobą świeżo po studiach, więc miała dość wyluzowane podejście do klienta. Zresztą takie trzeba było mieć, żeby przyciągnąć jak najwięcej młodzieży do tego sklepu. Tak twierdził Jacek, ich menedżer.

Lena natomiast już dawno czekała na przystanku ze swoją upragnioną, wybraną ad hoc, płytką.

Sunday, June 12, 2011

Espirito Santo Association

Andy:
^ O boże! Wybuchamy! co to będzie? Do ciękżiego kurqQA! Wybuchamy!
^ Cieżjko było co kolwiek zrobić, prróbowali uciec z płonąćego budynklu, lecźż nie dali rady. Joana wyleciała z plecakmie w rkeu, xiągnąc za ręke Astiana. Potm wsyzstko wybuhlo, a oni leżeli na ziemi płacżąc niemalżże

(pisownia oryginalna)

^ Helikopter straży pokrążył trochę nad nami, spuścił wodę, a potem odleciał. Dzięki temu ugasiła się chata, ale wciąż nie mamy pomocy.

^ Poszedłem zadzownić do ich [Astiana i Joanny, przyp. red.] amigosów, popytać się czy mogą przyjechać. Nie było łazików lecz. Mieli śmigłowiec, mają dzisiaj wieczorem URT* przylecieć na trzeci level, stąd wyruszą do na.s Obawiają się zestrzelenia.

*Universal Rotation Time - Uniwersalny Czas Rotacji. przyp. red.

Joanna:
^ Jest dobrze. Lezymy z Astian pod barakami. Spłonęły. Prosiła Andye żeby zorganizał aido.

^ Chicało mis ię pić, lecz woda była zatruta. Głowa mnie boli.

^ Astian. On z nim nie lepiej. FIzyczne gut, aber dalej chce planować revenge.

Astian's:
^ (29 mns before crash) nie jest dobrze. Widzimy ich na radarach. Coś planują. Bomby, jakiegoś sortu atak, nie wiem. Mamy około pół godziny. Obczajcie tereny 64 i 28. Mogą z 3 rejonu też czymś podjechać. Mają chyba tam bazę lądową.

^ (16 mns before crash) arranging evacuation; having problem with secure all data. Za mało ludzi. organizujemy ewakuację, ale mamy problem z zabezpieczeniem wszystkich danych" - napisane po angielsku prawdopodobnie z powodu braku czasu (po angielsku są krótsze słowa), przyp. red.

^ (3 mns before crash) Podchodzą. Nie damy rady.

^ leżę z siostra pod bazą. Uratowaliśmy się, ale baza zniszczona, taśmy spalone, część jest w bunkrach. Udało się nam przenieść.

^ J. krzyczy że ją głowa boli.

^ Andy wezwał pomoc, ale alianci coś kitują. Nie chcą przyjechać.

Violenka:
^ Widzę jakiś ogień na wzgórzach w lesie. Tam chyba jakaś baza spirytystów jest. Podeślijcie tam strażników.

Strażnik Leśny Edward:
^ Widżę ten ogień. Podlecę tam swoim helikopterem i zacznę to gasić.

Violenka:
^ Ok. Prześlij potem raport.

[Fragment Raportu]
Dzisiaj w rejonie Aperalki spłonęła chata. Przypuszczalnie znajdowała się tam baza należąca do Espirito Santo Association, aczkolwiek nic nie możemy z tym więcej zrobić. Będąc na patrolu dostałem info o płonącej chacie, toteż poleciałem ją gasić. Niestety zaraz dostałem rozkaz o oddaleniu się z tego terenu niezwłocznie po ugaszeniu pożaru. Nie podano mi przyczyny. Rozumiem, że wszystko co związane z ESA musi być tajne, ale bez przesady - tam byli ludzie potencjalnie potrzebujący pomocy. Zawiadomiłem służby ratownicze i mam nadzieję, że dowództwo nie zablokuje ich wyprawy.
[/Fragment Raportu]

Zapis rozmowy dwóch agentów dowództwa:
~ du, ke działają tam?
~ łe?
~ na flajeru w foreście. Jakieś ruchy.
~ a, to pewnie nowe powstanie, rebelianci z ESA walczą z Piratami.
~ jaka jest gadka z Agentury?
~ mamy nie reagować, dopóki nas nie zaatakują, albo nie dostaniemy infa o akcji. Niech się tłuką, ale mają umowę podpisaną, że Agencji nie ruszą.
~ kto ma podpisane?
~ to ty jesteś tym agentem, czy nie? Jak to kto? ESA mają umowę licencyjną na handel i na osiedlanie się na tej planecie, a piraci mają tu swoje kopalnie. Piraci nas nie ruszą, bo byśmy im zrobili nalot zaraz. A spirytyści robią z nami interesy, więc wolą działać na legalu.
~ niby na legalu, ale jednak coś tam robią w podziemiu...
~ a co mają nie robić? Każdy robi. Wiadomo, że te umowy handlowe to tylko część z tego co oni tu faktycznie robią, a o piratach już nie wspomnę. Przecież wiadomo, że oni tam broń produkują w tych swoich podziemiach. Ale cóż, nie nasza rzecz. Dopóki agentury nie ruszają, niech se robią co chcą.

Tuesday, June 07, 2011

Jestem pisarzem, dziwko...

...czyli obraz młodych "pisaży" amatorskich, ambitnych jak cholera, z roszczeniami do sław, zaszczytów, i postrzegający siebie w kategoriach "ja - pisarz".

Olejek w głowie mu się skończył, gdyż taka idea go naszła, iż jest on świetnym pisarzem i należy mu wysyłać gdzieś swoje teksty. Otworzył więc teczkę z pomysłami, wyjął parę kartek, i zaczął myśleć, jak to można połączyć ze sobą, aby powstał ciekawy produkt. A potem to wklepie do edytora tekstu i odbierze należną mu gotówkę. Bo za bycie amatorskim pisarzem też należy się jakaś dola - będzie zatem słał to po lampach, fabrykach, kwantach, i nowych fantastykach. Niech zobaczą co on umie i niech mu dadzą za to pieniążki. "Szoł mi de manej!", "Jestem pisarzem, dziwko", i tym podobne karteczki drukował i przypinał sobie w pokoju, żeby się bardziej zmotywować do pisania. Miał w sobie ambicję.

"Przepraszamy, tego się nie da czytać", "Popraw się, może za rok coś ci wydrukujemy" - tego typu odpowiedzi dostawał (jeżeli w ogóle jakieś dostawał), nie znali się kurewcy na jego uber-pisarstwie. Ale to już się skończyło - teraz to on przerobił sobie internetowy kurs pisarstwa, i jest gość. Internetowi znawcy go nauczyli poprawiać swe teksty przed wysłaniem do wydawnictwa - i tak zaczął robić. Poprawił wszystkie literówki i nauczył się obsługiwać worda - dzięki temu skuteczność jego pisania się zwiększyła. Teraz to nawet czytają redaktorzy i kiwają głowami "jakie to piękne, och".

Kiedy zastępca redaktora naczelnego drugiego co do wielkości kwartalnika pisarskiego w Polsce powiedział, że jego proza przypomina trochę wczesne opowiadania znanego pisarza, z tą różnicą, że jest gorsza, to mało co nie dostał zawału! Taki komplement. Prawie co dorównał pisarzowi X! Ta myśl podjarała go tak mocno, że zaczął jeszcze mocniej szlifować swoje teksty. Jak się mocno postara to za pięć lat może nawet dorówna swojemu mistrzowi a za dziesięć go przegoni!

Ale wydawać trzeba już teraz, bo chociaż jeszcze kiepsko pisze, to przecież wszyscy muszą wiedzieć, że w ogóle jest taki ktoś jak on i że on się zajmuje pisaniem! Nie ma co prawda nic do powiedzenia, oprócz chęci zaznaczenia swojej bytności, ale nie ma się tym co przejmować, gdyż dużo jest osób takich jak on i jakoś nikt się nie przejmuje brakiem oryginalności ani brakiem przekazu. I też ślą swoje utwory. Bo wcale nie trzeba być superdobrym - wystarczy być przeciętnym, tylko wziąć modny temat, albo przedstawiać truizmy w błyskotliwy sposób napisane, albo pojechać pseudogłębią. To wtedy też ludzie będą to czytać.

Nauczył się pseudogłębi już za czasów nauki w szkole średniej, kiedy to musiał pisać referaty i udawać, że o coś tam chodzi. Nigdy nie przypuszczał, że ta umiejętność może mu się przydać do czegoś w dorosłym życiu. A jednak! Pseudogłębia powoduje, że stosunkowo więcej osób sięgnie po książkę i będzie wyciągać z niej jakieś ukryte treści, których tam nawet nie będzie, a jak będą to i tak dość banalne. Ale ludzie się nie znają i pomyślą, że to jest coś fajnego i odkrywczego.

Bo ludzie w polsce są nieoczytani. Z pozycji młodego pisarza jednak to dobrze. Łatwiej się wtedy wybić nawet słabemu pisarzynie, bo ludzie nie za wiele wymagają. A o to chodzi przecież. Pisanie to zawód, jak każdy inny, żadna tam pasja.

Nawet amatorscy pisarze nie robili tego z pasji, a jedynie dla pochwał. On także - cieszyło go, gdy ktoś go pochwalił. Bo normalnie to co tam, akurat by pisał sam z siebie, no bez jaj, przecież to nudne jak cholera. W pisaniu to mu się podobało to, że mógł marzyć o pisarstwie, wyobrażać sobie siebie jak idzie do empiku i rozdaje autografy - to było fajne, takie marzenia. Natomiast sam akt twórczy to po prostu odbębnienie, wstukanie swojej porcji znaków. Oczywiście piszemy w wordzie, bo program ten sam poprawia błędy ortograficzne. A przecież ktoś, kto jest młodym dobrze zapowiadającym się pisarzem, pisze na codzień z błędami - dopiero guzik autokorekty mu te błędy likfiduje, i końcowy użytkownik nigdy nie ujrzy ich na oczy. (Czasami jednak coś się przeoczy i wyskakują takie kfiatki jak w poprzednim zdaniu. Jak jest ich za dużo, to możemy się wtedy zacząć poważnie zastanawiać nad rzeczywistym poziomem językowym autora).

Po wydrukowaniu swojej powieści zaczyna ją wysyłać do wydawnictwa. Tak, powieści. Bo co prawda pisze dopiero od niedawna, to już się wziął za grubą rybę i od razu niech mu drukują powieść. I on oczywiście jest w stanie taką napisać. Już zaprojektował do niej okładkę i tekst, który będzie się pojawiać na ostatniej stronie: Młody, dobrze zapowiadający się pisarz w swoim debiucie przełamuje wszelkie możliwe schematy i pokazuje, że "młodzież potrafi". Tak więc oddajemy w wasze ręce książkę ambitną i fascynującą od pierwszych jej stron. Tu opisał samego siebie w samych superlatywach - można się nawet pytać, czy mu wypadało, ale chyba tak - w końcu zawsze coś pozytywnego piszą na tej ostatniej stronie, prawda? Więc po prostu wyręczył innych, samemu pisząc takie pochwały.

Szczególnie, że to była prawda - faktycznie był młodzieżą i potrafił, naprawdę przełamywał jakieś tam schematy, i owszem, starał się pisać tak, żeby to wciągało od pierwszych stron, więc na pewno nie było przesadą twierdzenie, że jego książka była fascynująca. Jedyna różnica, że on sam o tym wiedział, nie musiał więc czekać na to, że ktoś o nim łaskawie w ten sposób napisze, jakiś głupi recenzent ze znanym nazwiskiem. Chociaż dla zachowania pozorów podpisał swoją autorecenzję nazwiskiem nie swoim, ale właśnie jakiegoś znanego pisarza, że niby to ktoś o nim tak napisał.

***

Dzięki temu go wydrukowali.

***

Zaprosili go potem do studia telewizyjnego. Niestety okazało się, że swoją książkę napisał tak, że pościągał z internetu ebooki różnych innych autorów, zmiksował wszystko i poprzerabiał imiona i nazwy własne. Stworzył książkę na bazie kolażu. Wskutek takich działań, kiedy zapytano go, o czym jest jego książka, ten nie umiał nic powiedzieć, bo przecież sam tego nie pisał, tylko pościągał wszystko z sieci. Przekręt wyszedł więc szybko na jaw. Jego kariera była skończona.